Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Pejzaże grudniowe

piątek, 01 stycznia 2010 10:44
Pozostajemy w czarno - białych klimatach. Dzisiaj trochę fotografii wykonanych w Nałęczowie w różnych okresach grudnia. Te bezśnieżne powstały w połowie miesiąca. Dwa dni później spadł śnieg i przyszły mrozy. Zdjęcia w scenerii prawdziwie zimowej wykonałem tuż po Świętach. Tak się zastanawiałem, czy nie pstrykać w kolorze, ale jako, że świat nabrał ostatnio barw szaro - burych, większej różnicy nie było by widać. Więc zamiast koloru, mamy tonację czerni i bieli. Może udało się tu uchwycić fakturę, kształt, kontrast albo jakiś zimowy minimalizm ? Oceńcie sami. Pozdrawiam.





























































  

komentarze (18) | dodaj komentarz

W zimowym klimacie

niedziela, 27 grudnia 2009 10:19
Pogoda w Święta nastrajała raczej na Wielkanoc niż Boże Narodzenie. Ciepło, deszczowo, czasem słoneczenie. W kalendarzu mamy jednak zimę i dlatego dziś zdjęcia adekwatne do pory roku. Śnieżno, mroźno i zimowo, tyle, że z zeszłej zimy, a dokładnie z lutego. Była sobota, spadło sporo sniegu, zabrałem więc aparat i poszedłem do Ogrodu Saskiego. Dziś, po prawie roku zdjęcia nadal mi się podobają, szkoda tylko, że w pięknej scenerii brakuje spacerowiczów. Cóż, widocznie nikt nie podzielił mego zachwytu nad zimowa aurą. Pozdrawiam.






























komentarze (11) | dodaj komentarz

Na rowerowym szlaku. Wycieczka czwarta

poniedziałek, 21 grudnia 2009 19:54

Wracamy na Płaskowyż Nałęczowski. Eksploracja Krainy Wąwozów Lessowych na dwóch kółkach jest frajdą niesamowitą. Nie jest to bynajmniej stwierdzenie odkrywcze, ale rower daje poczucie sporej swobody. Można szusować drogą asfaltową, ale można też odbić w drogę polną lub ścieżynkę leśną. Można trzymać się wytyczonych szlaków, ale można też pobudzić w sobie żyłkę odkrywcy i wytyczać szlaki własne. Bardzo często tak właśnie robimy. Na wycieczkach rowerowych mamy ze sobą mapkę. Ale jeszcze nigdy nie przejechaliśmy wyznaczonymi na niej szlakami. Mapka służy nam do orientacji w terenie i wyszukiwania ciekawych miejsc i obiektów. Bardziej od kolorowych linii szlaków interesują nas niepozorne kreski dróg polnych i wąwozów. Najczęściej jednak zostawiamy mapkę w domu i jedziemy po prostu przed siebie,  co nie raz zresztą kończy się nadkładaniem drogi. Tak oto, w połowie sierpnia ruszyliśmy do Wąwolnicy. O drodze do miasteczka i samej Wąwolnicy pisałem 21.sierpnia, więc zainteresowanym polecam poszukanie odpowiedniego wpisu. Z Wąwolnicy pojechaliśmy w kierunku Niezabitowa, aby po paru kilometrach dojechać do Kębła. Jest tu droga, las, zarośnięte szyny kolejki wąskotorowej, dwór, w którym mieści się dom pomocy. Są też kapliczki. A jedna z nich, z cudowną figurą Matki Boskiej przyciąga z daleka pielgrzymów. Figura ładna, może nie tak, jak ta w Wąwolnicy, ale za to nowo wybudowana kapliczka jest po prostu koszmarna. Dobrze, że są ławeczki. Można posiedzieć, odpocząć, pokontemplować i popatrzeć na ludzi, którzy przystają, wysiadają nie raz z drogich samochodów i na kolanach modlą się przed figurą. Widok, nie powiem zadziwiający i to pozytywnie. Z Kębła ruszyliśmy z powrotem do Nałęczowa, lecz nie tą samą trasą. Skręciliśmy w ciemno w jedną z polnych dróg,  I tu niespodzianka. Przyzwyczajeni do pagórków i wąwozów z pewnym zaskoczeniem patrzyliśmy na płaski jak stół obszar rozciągający się aż po horyzont. Wszechobecny less ustąpił miejsca piaskowi, który na szczęście nie utrudniał jazdy. Po powrocie do domu poszperałem w książkach. Okazało się, że to płaskie, to Równina Bełżycka. Teren płaski, ale jazdy bynajmniej to nie ułatwiało. Drogi co chwila rozwidlały się, zakręcały, prowadziły w las albo kończyły się miedzą. Czasem musieliśmy zsiąść z rowerów i maszerować miedzą wyjmując co chwila z łańcucha i zębatek kiście traw. Nadłożyliśmy z pewnością parę kilometrów. Nic to, skoro widoki ładne, pogoda letnia i zapach ziół niesamowity. Czego więcej do szczęścia potrzeba? Wreszcie w oddali pojawił się znajomy widok. Charakterystyczna wieża ciśnień, która z racji swego kształtu nazywana jest grzybkiem lub latającym spodkiem. (wpis 9.grudnia 2008) Wróciliśmy do Nałęczowa.   

 

 

Ukryte pośród drzew wąwolnickie sanktuarium 

 

 

Po drodze natknąć się można na ładne tablice informacyjne 

 

 

Przy drodze do Kębła stoi wiele ciekawych kapliczek

 

 

Chwila odpoczynku przy kapliczce z cudowną figurą

 

 

Wkraczamy na Równinę Bełżycką

 

 

Drogi piaszczyste, ale jechaliśmy bez problemów

 

 

Równina Bełżycka w nieco szerszej perspektywie

 

 

Sielsko...

 

 

A tu już mniej sielsko. Droga się skończyła, rowery trzeba było pchać.

 

 

Dokąd zaprowadzi nas ta droga?

 

 

Możecie wierzyć lub nie, ale po 15 minutach byliśmy w centrum Nałęczowa

 

Tyle na dzisiaj. Zobaczymy się po Świętach Bożego Narodzenia. Przy okazji zapraszam na Szary Zakątek. Dodałem nowe zdjęcie.

 

 

 

komentarze (14) | dodaj komentarz

Solina

czwartek, 17 grudnia 2009 21:10
W proteście przeciwko temu, co za oknem, pozostajemy w letnich klimatach. Solina miała być dla nas początkiem drugiego etapu wakacyjnej wyprawy. Stąd mieliśmy robić wypady w okolicę w poszukiwaniu cerkwi. Chcieliśmy też wędrować brzegiem jeziora i wybrać się na pobliskie połoniny aby cieszyć oczy bieszczadzkimi widokami. Jak to czasami jednak w życiu bywa, plany zostały zniweczone przez rzeczywistość. Pewna pani, u której zarezerwowaliśmy noclegi, odstąpiła pokój innym turystom. Pytaliśmy w innych miejscach, ale jako że był lipiec, czyli środek sezonu, najbliższe wolne treminy proponowano nam na koniec sierpnia. Było już dobrze po południu, zatem bezowocne poszukiwanie noclegu nie miało sensu. Pospacerowaliśmy więc po koronie zapory, pogapilismy się na "zielone wzgórza nad Soliną" w oddali, które wskutek powietrznej perspektywy przybrały odcień niebieski, rzuciliśmy okiem na stragany z tandetnymi pamiątkami, wsiedliśmy w samochód i nie bez żalu ruszyliśmy w drogę powrotną do Lublina, z postanowieniem, że nad Solinę i w Bieszczady jeszcze powrócimy. 



Może tego nie widać, ale zapora ma 80 metrów wysokości



Urzekł nas krajobraz Soliny



A tu zapora oglądana z miejscowości Bórbka



Widok z zapory na budynek elektrowni. Śmigłowce wyglądają jak zabawki.



Nad Soliną sezon w pełni



Będzie pamiątka z wakacji



Odrobina wyobraźni, odpowiedni kadr i mamy Solinę w dzikim wydaniu



A za oknem właśnie sypie śnieg i 15 stopni na minusie :)


komentarze (14) | dodaj komentarz

Sanok i Lesko

sobota, 12 grudnia 2009 18:29

Wizyta w Sanoku była jednym z przyjemniejszych momentów naszej przemysko - bieszczadzkiej wyprawy. Już sam przejazd z Przemyśla dostarczył sporo wrażeń. Droga wijąca się pośród zalesionych wzgórz, to wspinająca się, to opadająca stromymi serpentynami zrekompensowała nam wczesną pobudkę i brak kawy. Po dotarciu do Sanoka pierwsze kroki skierowaliśmy do... sklepu spożywczego w celu zakupienia śniadania, które chwilę potem zjedliśmy na ławeczce na rynku. Dobrą kawę wypiliśmy w jednej z otwieranych właśnie kawiarni. Mieliśmy zatem sporo czasu aby popatrzeć na rynek. Może nie jakiś super zabytkowy, ale z pewnością ładny, zadbany i odnowiony. Nie zamierzaliśmy jednak zwiedzać miasta, tylko muzeum zlokalizowane w jedynym ocalałym skrzydle gotycko - renesansowego zamku. Ja chciałem obejrzeć kolekcję obrazów Zdzisława Beksińskiego, żona - historyk sztuki - ikony. Beksińskim, związanym przecież z Sanokiem, fascynowałem się już w czasach liceum, dlatego możliwość obcowania z niesamowitym malarstwem była nie lada gratką. Nie mniejsze wrażenie zrobiły na nas ikony. Zaintrygował w szczególności Sąd Ostateczny, którego fragmenty przywodziły na myśl wizje Hieronima Boscha. Miłą niespodzianką okazała się możliwość fotografowania. Bez lampy i statywu co prawda, ale od czego mamy stabilizację obrazu i sprawną rękę fotografia. Po zwiedzeniu muzeum przeszliśmy nad pobliska skarpę, skąd popatrzyliśmy na wijący się w dole San i okoliczne wzgórza. Wszak to już Bieszczady.

 


Rynek w Sanoku

 

Wczesnym rankiem było tu cicho i spokojnie

 

Świetne muzeum mieści się w dawnym zamku

 

Można tu obejrzeć największą kolekcję obrazów Zdzisława Beksińskiego

 

Oraz ciekawą ekspozycję ikon

 

Jak u Hieronima Boscha. Fragment Sądu Ostatecznego.

 

Taki widoczek roztacza się ze staromiejskiej skarpy

 

Ruszyliśmy w dalszą drogę do Leska. W międzyczasie chcieliśmy obejrzeć ruiny klasztoru w Zagórzu, ale oznakowanie dojazdu było tak kiepskie, że po kilku próbach znalezienia drogi daliśmy sobie spokój. Pojechaliśmy do Leska. W miasteczku tym jest synagoga, o której naczytaliśmy się w różnych przewodnikach. Przyjechaliśmy, zobaczyliśmy i odrobinę się rozczarowaliśmy. Synagoga jest, nawet spora, ale w stanie kiepskim. Zbite tynki, zastawione samochodami dojazdy nie sprawiają zbyt ładnego wrażenia.  Zrobiliśmy parę zdjęć, pospacerowaliśmy po centrum w poszukiwaniu jakiejś lodziarni, wszak był upalny lipiec i pojechaliśmy nad Solinę. Ale o tym poczytacie już w następnym wpisie.

 

Synagoga w Lesku

 


 

komentarze (12) | dodaj komentarz

poniedziałek, 15 marca 2010

Licznik odwiedzin: 82894

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Moje zdjęcia na N-G

Mój nowy blog

O moim bloogu

Fotografie powstałe podczas podróży po Polsce oraz krótkich wypadów za miasto. Trochę zabytków, trochę przyrody, może czasem jakiś eksperyment. Zapraszam

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 09.03.2010 9:30:54
  • autor: Krzysiek
  • treść: Witam. Wrócilem po d...

Statystyki

Odwiedziny: 82905
Wpisy
  • liczba: 225
  • komentarze: 3063
Księga gości: 93
Bloog istnieje od: 890 dni